sobota, 6 marca 2010

Fryzjer

Dziś miałem przeżycie duchowe, mistyczne wręcz. Postanowiłem skrócić po całości busz moich włosów. Sensei w salonie na wejściu zapytał, czy robimy Kojaka. No bo chodziło mi o zejście z 12 na 6mm. Oczywiście mistrz fryzjerski i duchowy musi być ubrany na czarno, tak jak reszta gwardii przybocznej. Po usadowieniu się na fotelu oczywiście nic się nie zaczęło. To był czas na zieloną herbatę. Następnie gakusei zadała krytyczne pytanie: 1 czy 2. No tak łysy to ja nie chciałem być, więc 2. No i wtedy zaczęła się akcja. Tylko wam się wydaje, że strzyżenie maszynką to taka praca z trawą. Salon fryzjerski to nie ogródek, to taki klasztor Shaolin. Sensei cały czas czujny pokazuje swojemu gakusei jak prowadzić maszynkę podobnie jak się wyprowadza ciosy kung-fu. Ile było przy tym tłumaczenia. Co drugi pociągnięcie było dyskutowane. Chyba mi chcieli zrobić z głowy tradycyjny japoński ogródek skalny. Po raz pierwszy nad moją czupryną znęcało się dwóch fryzjerów. Mamusiu. Po jakiś 25 minutach było już z górki. Masaż skroni przy myciu głowy, ostatnie pociągnięcia nożyczkami (przecież zawsze można coś poprawić) i można przejść do finalizacji usługi. Wszyscy w salonie dziękują i życzą szczęśliwego i owocnego życia. Sensei jeszcze raz na koniec pyta czy było super i życzy szerokiej drogi. Doprawdy, wychodząc poczułem się jak mnich buddyjski. Na głowie oczywiście :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz